Do KODowców

To może być najważniejsza sprawa najbliższych dni i miesięcy, bowiem pisowski zamiar dokonania zmian w ordynacjach wyborczych ma na celu dokończenie „przewrotu politycznego” w Polsce. Zamach na samorządy, zwłaszcza rządzone przez rzeczywistych i domniemanych przeciwników Kaczyńskiego, odmienić może, w majestacie prawa, nasze życie, pozbawić je resztek niezależności od jedynie słusznej władzy. Czy znajdą się ludzie z tego zadowoleni? Na pewno tak. I na to liczy Kaczyński. Warto brać pod uwagę, że i po stronie niechętnej Kaczyńskiemu, nie będzie też powszechnie łatwo o postawę sprzeciwu bez żadnych wątpliwości. Znamy przypadki samorządów, w których nepotyzm, kolesiostwo, koterie, ustawione przetargi, i inne złe praktyki miały i mają miejsce. Znamy też takie, w których wielokadencyjne rządy cieszą się uznaniem, szacunkiem i przynoszą gminom sukcesy. Nie trudno, więc odgadnąć, jakie są rzeczywiste przyczyny zamachu Kaczyńskiego na nie. To z jednej strony realizacja planu zemsty za wielokrotne porażki wyborcze wyznaczonych przez niego kandydatów, z drugiej, chęć zamknięcia ust i uniemożliwienie podejmowania niezależnych decyzji, niewygodnych dla centralnej władzy PiS. Każda niezależność jest wrogiem dyktatury. Nawet groteskowej. W ten sposób chciałby Kaczyński odebrać samorządom ich konstytucyjną niezależność, wynikającą, w oczywisty sposób, z wyboru obywateli. Dlatego potrzebny jest sprzeciw bardzo zdecydowany! Potrzebna jest też krytyczna postawa wobec, ciągle obecnych w naszym życiu samorządowym, „chorób”.

Nie pierwszy to poważny dylemat polityczny, z jakim powinien mierzyć się KOD.

Innym, nie mniej ważnym, będzie stosunek do polityki socjalnej. Potępianie w czambuł projektu 500+, MdM, itd., oraz straszenie, że społeczeństwo zapłaci wielki dług za te decyzje, jest nie tylko moralnie wątpliwe, ale politycznie głupie i merytorycznie wadliwe. Postawa Balcerowicza, zaprezentowana w programie Olejnik (16.01), zaostrzy jak sądzę, te zastrzeżenia. Można ją streścić następująco: ten, kto atakuje bogatych, to zawistnik, ten, kto faktycznie dba o biednych, nie atakuje bogatych, bo bez nich biedni nie przeżyją. Jakże do takiego myślenia przekonać człowieka o dochodach pochodzących z uczciwej pracy, które ledwie wystarczają na przeżycie. Jak mu wmówić, że powinien zacisnąć pasa i martwić się przede wszystkim o wskaźniki makroekonomiczne. Otóż przeciętnie zarabiający nie widzi związku między wzrostem PKB, a jego życiem codziennym. Dlaczego ma się zgodzić na to, że jego rodziny nigdy nie będzie stać na lepsze bytowanie, porządne wakacje, nie mówiąc już o bardziej luksusowych marzeniach? On też ma tylko jedno życie. Trudno mu przyjąć, że zasłużenie nie stać go na wakacje z dziećmi, czy też na myślenie o mieszkaniu dla nich, gdy dorosną, zwłaszcza, gdy widzi innych, korzystających wielokrotnie w ciągu roku z wypoczynku, kupujących luksusowe dobra, mieszkania, budujących domy i obdarowujących dzieci kosztownościami, z byle okazji. Nie chodzi o to, by zabrać bogatym, jak ironizuje Balcerowicz,i rozdać biednym, ale żeby bogacenie się było uczciwe a dystrybucja zysków sprawiedliwa, adekwatna do wkładu pracy, i realnych możliwości utrzymania. Warto, wzorem refleksji, obecnej już od lat na Zachodzie, żądać powrotu do państwowej kontroli tych zasad, do państwa dbającego o obywateli. To nie musi byś populizm. W przeciwnym razie państwo jest zbędne i zbyt kosztowne. Rynek tych potrzeb sam nie załatwi. To już wiemy od dawna. Choć są i tacy, którzy ciągle w to wierzą. Ludzka natura niestety jest taka, że jeśli można nieuczciwie wzbogacić się, to z pewnością wielu tak postąpi. Warto pamiętać, że majątki, zwłaszcza te wielkie nie powstają, bez udziału milionów pracowników i nie jest do zaakceptowania myślenie, że ci, którym udało się w życiu, maja prawo wykorzystywać tych, którzy dla nich pracują. Zwłaszcza, że zawsze są to grupy liczebnie nierówne. Trudno uznać za normalne, że większość nie zasługuje na więcej, niż wyżywienie się przy bogatych, zwłaszcza, że ci nie są specjalnie skorzy do dzielenia się wspólnie wypracowanymi zyskami. Oczywiście większy zysk należy się tym, którzy, finansują i organizują pracę, są innowacyjni, twórczy, zdolni, wykształceni, czy po prostu maja do tego predyspozycje. Ale muszą być zachowane uczciwe proporcje. Tu nie chodzi o jałmużnę, ale o podział zysków taki, by nie tylko zaspokajał podstawowe potrzeby, ale umożliwiał normalne, godne życie. To brzmi jak banały, ale zbyt łatwo zapominamy o tym, na co dzień.

W polityce trzeba strzec zasad. Jeśli nie z przyzwoitości, co byłoby najwłaściwsze, to z chęci odniesienia sukcesu wyborczego. Żeby odebrać władzę Kaczyńskiemu, potrzebne są głosy ludzi, którzy dziś nie czują się beneficjentami „polskich przemian” i mają do tego nie tylko prawo, ale też podstawy. Warto pamiętać, że prospołeczne myślenie, nawet jeżeli naiwne, było źródłem sukcesu Solidarności w 1980 roku, poparcia dla jej kandydatów w wyborach z 1989. Na nim zbudowano prawie powszechne przyzwolenie na reformy i było poważnym zobowiązaniem. Dziś nadal aktualnym. Myślenie prospołeczne nie jest, jak często powtarzają rodzimi friedmanniści i thatcheryści, „rozdawnictwem”, tylko żądaniem sprawiedliwej redystrybucji, bez której świat jest, dla większości, nie do zaakceptowania.

Dlatego drodzy KODowcy zwracajcie się nie tylko do siebie nawzajem, ale do ludzi, którzy nie są skłonni bronić polityki poprzedniego rządu, bo bez nich nie wygramy. Oni są także godni szacunku i potrzebni. Muszą uwierzyć, że program prospołeczny jest możliwy bez faszystowskich zapędów, poczuć się bezpiecznie bez dyktatorskiej „opieki”. My sami musimy w to uwierzyć, dla wspólnego dobra.

Jerzy Nowacki