Dwie sceny to dwa razy więcej niż jedna scena

Wytłumaczmy na początek tytuł. Jest to wyimek z krótkiej rozmowy, jaka zdarzyła się między mną a reżyserem Janem Klatą na otwartej dla mediów próbie spektaklu „Wielki Fryderyk” w Teatrze Polskim w Poznaniu. Myślę, że my, KOD-erki i KOD-erzy, powinniśmy w tej, niestety, szarej Polsce „dobrej zmiany” karmić nasze dusze również teatrem, żeby nie zapomnieć o kulturze, także tej wielkiej. Dodam, że teatr Klaty byłby dla nas dobrym posiłkiem, bo jest to reżyser, który lubi wypowiadać się na tematy publiczne, a jego stosunek do rzeczywistości jest ostry i krytyczny – powiedział kiedyś, że „na planecie PiS władza wciśnie suwerenowi wszystko”.

Ta moja rozmowa z Janem Klatą – zaczepna z mojej strony – zaczęła się zaraz na początku jego spotkania z mediami, a wyglądała tak:

– Dzień dobry, witam wszystkich. Za chwilę zaprezentujemy państwu dwie sceny z naszego nowego spektaklu…

– A dlaczego tylko dwie?

– Proszę pani, dwie sceny to zawsze dwa razy więcej niż jedna scena.

– Ale na przykład cztery sceny to zawsze dwa razy więcej niż dwie.

– Tak, zgadzam się, ale teraz będą tylko dwie.

– Albo aż dwie.

„Wielki Fryderyk” Adolfa Nowaczyńskiego, którego w całości na tę chwilę jeszcze nie widziałam, z założenia ma być bezwzględnym napiętnowaniem polskich wad narodowych, którym w spektaklu sprzyja głównie biskup Ignacy Krasicki. W tekście czytamy o tym, czego tak naprawdę brakuje Polakom pod rządami „dobrej zmiany” najbardziej: świadomości obywatelskiej i narodowej, ale czystej narodowej, zdolności krytycznej oceny rzeczywistości, dojrzałości politycznej, rzeczywistego myślenia historycznego, a przede wszystkim perspektywicznego.

W czasach PRL-u Adolf Nowaczyński był po prostu wyrzucany z obiegu kulturalnego. Nie wiadomo jak to będzie teraz, w dobie „dobrej zmiany” – kto wie, może spektakl zostanie dziwnie szybko zdjęty ze sceny. Chociaż prawdą jest też to, że widać w nim niechęć i pogardę, jaką Fryderyk żywił dla Polaków, co może być dobrym prognostykiem dla „dobrej zmiany”, bo zohydza nam Niemców. Wracając jednak do Nowaczyńskiego: był on niewygodny przez swoje endeckie poglądy, którym nie jeden raz dawał wyraz za życia – był też publicystą politycznym i pisywał bardzo mocne paszkwile. Po wojnie więc, za czasów ówczesnej władzy starano się o nim zapomnieć i robiono wszystko – dosyć skutecznie – żeby autor ten rozpłynął się w niepamięci. Przykre to, bo dorobek dramatopisarski Nowaczyńskiego cieszył się w latach międzywojennych sporym powodzeniem, a spektakle miały wówczas liczne wystawienia, nierzadko w doborowej obsadzie.

Reżyserią, adaptacją tekstu i oprawą muzyczną zajął się, jak już wiemy, Jan Klata, który o tym spektaklu mówi, że to „realizacja planów dalekosiężnych”. Jest to reżyser obdarzony temperamentem publicystycznym i ma zdecydowane poglądy na kwestie polityczne i religijne. Należy też do nielicznych młodych reżyserów usiłujących uprawiać teatr społeczny (jego generacja na ogół dystansuje się od polityki). Dzieje się tak na przekór rozpowszechnionemu po 1989 roku przekonaniu, iż teatr ten jest zbędny w warunkach demokracji i kapitalizmu.

W roli tytułowej zobaczymy wielkiego Jana Peszka, który de facto wraca do poznańskiego Teatru Polskiego, bo niektórzy pamiętają – co prawda nie ja – że kiedyś grał w Poznaniu. Jako biskupa Krasickiego zobaczymy świetnego aktora Teatru Polskiego, Michała Kaletę.

Dodam jeszcze, że Adolf Nowaczyński swój tekst zwykle prowadzi w sposób nieco rozwlekły. Dlatego Jan Klata pytany był niejednokrotnie przez osoby na konferencji obecne, również przeze mnie, o to jak długi spektakl nas czeka. Niestety nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi. Miejmy jednak nadzieję – graniczącą z pewnością – że znakomicie potrafił on dla potrzeb sceny adaptować tę sztukę i dodać jej dynamiki, a tym samym zawartości.

Natalia Mikołajska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *