RZĄD CZY NIE RZĄD (VI)

Minister edukacji Anna Zalewska

Powinnam zmienić podtytuł tego artykułu i dopisać słowa adekwatne do obecnej ministerialno-edukacyjnej sytuacji w Polsce. Nowy podtytuł brzmiałby tak: Krocząca do tyłu minister edukacji Anna Zalewska. Pani minister zaczęła bowiem swoje rządy od zamachu na wypracowywany latami system edukacji. System odpowiedzialny, poważny, spójny i przez lata przygotowywany, czego nie można powiedzieć o nowej reformie, tym bardziej że: po pierwsze, wszyscy eksperci PAN-u z doświadczeniem i na rzeczy się znający odmówili Zalewskiej udziału w tej reformie; po drugie, ostatnio wyszło na jaw, że pani minister uważa, iż globalne ocieplenie jest bajką wymyśloną przez ekologów, którzy chcą na tym zarobić… No cóż, nóż w kieszeni sam się otwiera. Zobaczmy więc, dlaczego nasza pani minister kroczy do tyłu.

Minister Zalewska kroczy do tyłu, bo po pierwsze cała biologia (nie tylko ta związana z globalnym ociepleniem) jest w jej reformie postawiona do góry nogami. Pani Anna jest chyba zwolenniczką kreacjonizmu i nie wierzy w teorię ewolucji, więc dzieci nie będą się jej w ogóle uczyć. Wiedzy o pochodzeniu gatunków również nie posiądą. Naukowcy z PAN-u twierdzą, że obniżenie rangi ewolucji w podstawach programowych przez usunięcie ewolucyjnego kontekstu nauczania biologii jest zdecydowanym krokiem wstecz, co tylko uzasadnia trafność proponowanego podtytułu tego artykułu. Dzieci oficjalnie o początku świata i człowieka będą wiedziały tylko to, czego dowiedzą się z Biblii, a konkretnie z Księgi Rodzaju, i co głosi kreacjonizm, czyli że gatunki powstawały w „gotowej” już formie stworzone przez samego Boga. Tak zupełnie notabene dodam, że ten naukowy skansen starał się kiedyś potwierdzić pan Maciej Giertych (ojciec Romana), dowodząc, że dinozaury żyły w czasach ludzi, czego dowodem jest pamięć o smoku wawelskim. Kiedy Roman Giertych został ministrem edukacji, niektóre szkoły pozdejmowały nawet ze swoich ścian plansze edukacyjne, ilustrujące teorię Darwina. Dziwne podejście do sprawy, zwłaszcza, że dzisiaj papież Franciszek twierdzi, iż: Bóg nie jest czarodziejem z magiczną różdżką, a kościół przecież nie neguje ani teorii Darwina ani teorii Wielkiego Wybuchu. Zresztą Komitet Biologii Ewolucyjnej i Środowiskowej uważa, że ponieważ spoiwem biologii jest teoria ewolucji, to obecnie nauka biologii w szkole będzie niepełna i trudniejsza, bo: stanie się zbiorem niepowiązanych ze sobą faktów do zapamiętania, ale nie do zrozumienia. Tymczasem MEN ignoruje wszystkie krytyczne opinie na temat wprowadzanych zmian, również głos Komitetu, bo w ignorowaniu nie ma sobie równych.

Ale to nie wyjątek, bo – jak już wiemy – na lekcjach nie będzie też mowy o wpływie działalności człowieka na globalne ocieplenie klimatu. Według minister Zalewskiej bowiem, są to opowiastki wyssane z palca przez ekologów. Kiedy jako posłanka kandydowała do Europarlamentu, podczas spotkania z dziećmi w jednej ze szkół integracyjnych na Dolnym Śląsku  mówiła tak:

– Tak naprawdę globalnego ocieplenia nie ma, ponieważ na Arktyce powinien lód topnieć, a przybywa. Dlaczego mówią nam inaczej? Bo to kosmiczna kasa, ekolodzy takie pieniądze zarabiają na tym ociepleniu.

Tymczasem globalne ocieplenie to nie mit. Z szacunków naukowców z Oxfordu, które opublikował prestiżowy brytyjski tygodnik medyczny „The Lancet”, wynika, że „wpływ globalnego ocieplenia na rolnictwo i dietę może doprowadzić do ponad 500 tys. dodatkowych zgonów w 2050 roku”. Naukowcy ci wskazują też, że jeśli nie podejmie się kroków, aby ograniczyć emisję gazów cieplarnianych do granicznego 2050 roku, to ilość dostępnej żywności zmniejszy się o ok. jedną trzecią. Przywołajmy tu ponownie opinię o podstawach programowych nowej reformy edukacji polskiego Komitetu Biologii Ewolucyjnej i Środowiskowej: zagrożenia środowiskowe, takie jak globalne ocieplenie (które zaczyna już w istotny sposób wpływać na życie wielu społeczeństw) czy kwestia zagospodarowywania śmieci i odpadów, powinny być znane każdemu obywatelowi, bowiem bez powszechnej świadomości i akceptacji niezbędnych zmian w gospodarce nie będziemy w stanie podjąć skutecznych działań zapobiegających degradacji środowiska. Zresztą to ignorowane przez MEN globalne ocieplenie nie jest podważane przez uczonych na świecie – ich miażdżąca większość, bo aż 97% zrzeszonych w AAAS (American Association for the Advancement of Science – największej światowej organizacji zrzeszającej ludzi nauki) uważa, że globalne ocieplenie jest faktem, zaś  87% uważa, iż jest ono wynikiem działań człowieka.

Teraz przyszła pora na „po drugie” i kolejny przedmiot, którego uczymy się w szkole, czyli na język polski. Warto przypomnieć, że (1) eksperci od tworzenia edukacyjnych podstaw programowych odmówili Zalewskiej udziału w jej projekcie i napisały je osoby nie do końca na rzeczy się znające, ale gotowe zgodzić się z jej ewolucyjnymi i klimatycznymi ściemami. Warto też podkreślić, iż (2) pani minister z zawodu jest polonistką, co dziwi jeszcze mocniej, gdy analizuje się kolejny błąd jej reformy. Otóż nie ma w niej żadnej korelacji pomiędzy historią i językiem polskim. I tak, piątoklasista kończy naukę historii na czasach ostatnich Jagiellonów, a na języku polskim czyta w tym czasie pozytywistyczną „Katarynkę” Bolesława Prusa. Siódmoklasista będzie się uczył historii od kongresu wiedeńskiego do II Rzeczypospolitej, a czytać będzie renesansowe „Treny” Jana Kochanowskiego. Natomiast w ósmej klasie w historii będzie XX wiek, a na języku polskim – wielkie dzieła wielkich poetów romantyzmu, a mianowicie „Pan Tadeusz” Mickiewicza i „Balladyna” Słowackiego.

Jeśli zaś o samą historię chodzi – i to jest nasze „po trzecie” – jej podstawa opiera się tu niemal wyłącznie na bardzo tradycyjnie rozumianej historii politycznej, która dodatkowo deklarowana jest głównie przez jedną partię – PiS z panem z kotem w tle – w której podmiotem głównym jest naród, a tematem głównym – polityka i wojny. W programie tym jest też bardzo średniowieczne podejście do historii. Poza tym jest on zbyt polono- i europocentryczny, zarówno w wyborze treści, jak i na poziomie języka. Jest w tym jednak swoista „konsekwencja” – w projekcie nowej podstawy programowej dla klasy 4 szkoły podstawowej czytamy, że: kształcenie i wychowanie w szkole podstawowej sprzyja rozwijaniu postaw obywatelskich, patriotycznych i społecznych uczniów. Zadaniem szkoły jest wzmacnianie poczucia tożsamości narodowej, przywiązania do historii i tradycji narodowych, czyli jest to – o, zgrozo! – nacjonalizm w czystej postaci. Poza tym w tym programie historii wspomina się o wolności jako „nieustannie obecnej” w dziejach Polski, a jest to nieprawda i dowodzi tylko sporej niewiedzy jego autorów. Przecież mniej więcej od XV wieku do początku XIX wieku prawie całe społeczeństwo (70, a może i 80%) żyło w niewoli i poddaństwie i stale było obiektem przemocy. Dodam na koniec, że z podstawy programowej usunięto też informacje o wielu działaczach „Solidarności” (w tym Lecha Wałęsy), którym nie po drodze jest z PiS-em, ale nawiasem mówiąc w całym nauczaniu historii w szkole powinno się skończyć z podejściem przede wszystkim polityczno-militarnym.

Pozostaje nam mieć nadzieję, że ani pani minister edukacji ani pan z kotem w tle, od którego wszystko w tej chwili w Polsce zależy, nie wykreślą z podstawy programowej geografii informacji o kulistym, a więc kopernikowskim kształcie naszej planety. I to niech będzie nasze przedmiotowe „po  czwarte”.

Natalia Mikołajska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *