ZABAWA Z PREZYDENTEM W SYTUACJE II

Członek Platformy Obywatelskiej Jacek Jaśkowiak prezydentuje Poznaniowi od 2014 roku. Nie było łatwo spotkać się z nim, oj nie! Udało się to w końcu w jedną z czerwcowych niedziel na pikniku rodzinnym na Łęgach Dębińskich. Pan prezydent i kierownik biura prasowego Marek Pawłowski przyjechali na piknik rowerami. Pech chciał albo pogoda chciała, że w trakcie wywiadu, który umówiliśmy pod koniec pikniku, zaczął padać deszcz. Właściwie deszcz padał, kiedy panowie na rowerach wracali do domów, bo wcześniej, podczas naszej rozmowy, lał po prostu i dlatego nagraliśmy bardzo mokry i ciekawy wywiad. Na zdjęciu (które zrobił Waldemar Andrzej Jóźwiak) mamy prezydenta Jacka Jaśkowiaka i KOD-owych gości piknikowych, czyli od lewej: Tomasza Korzana ze swoim sprzętem rowero-podobnym, prezydenta z rowerem, a także dwie bezsprzętowe panie: Urszulę Matuszewską i Katarzynę Strykowską.

Sytuacja I – wyśniona i KOD-owska

Jacek Jaśkowiak nie jest prezydentem, tylko prowadzi firmę. Nie należy też do żadnejpartii politycznej. Jest zwykłym człowiekiem, przedsiębiorcą – jego życie to codzienne przebywanie w biurze i zarządzanie biznesem. Jest jesień 2015, PiS wygrywa wybory, rodzi się KOD.

Czy wobec tego, co dzieje się w naszym państwie, zapisałby się pan do KOD-u?

Tak. W takiej sytuacji, w której nie byłbym prezydentem i nie należałbym do żadnej partii politycznej, w pierwszym rzędzie zapisałbym się do KOD-u. Powiem szczerze, że kiedyś nawet rozważałem to, bo chyba nie ma takiego zakazu…

Nie ma takiego zakazu, ale wtedy nie mógłby pan pełnić w KOD-zie żadnych funkcji kierowniczych – byłby pan sobie takim zwykłym, szarym KOD-erem, może nawet szarą prezydencką eminencją KOD-owską… Wróćmy jednak do sytuacji 1. i 2015 roku. Czy wówczas bezpartyjny Jacek Jaśkowiak startowałby w pierwszych wyborach KOD-owskich?

Nie wiem – to zależy od tego, co chcieliby koledzy. Z wyborami to nie jest tak, że się robi, co się chce. Zwykle najpierw formuje się grupa ludzi, która do startu zachęca. Sam z siebie nie chciałem startować w wyborach prezydenckich w Poznaniu, ale koledzy z Platformy zapytali mnie, czy bym się zgodził. Porozmawiałem z żoną i zaakceptowaliśmy ten pomysł. Dlatego – jeśli tylko byłaby taka wola ze strony KOD-erów – to pewnie bym się zgodził.

Co się tyczy wyborów i chęci startowania w nich, to przecież pan już kiedyś chciał zostać prezydentem i wtedy utworzył pan nawet własny komitet wyborczy.

Tak, chciałem kiedyś zostać prezydentem – to było w roku 2010 – i nie wygrałem wtedy wyborów. Jednak cel tego startu był inny. Chcieliśmy wówczas, po pierwsze, wprowadzić pewne kwestie i ważne zagadnienia do debaty publicznej, a po drugie – może ważniejsze – kolegów do rady miasta. Ja w ogóle miałem świadomość, że nie da się wystartować w takich wyborach i wygrać, będąc kompletnie nierozpoznawalnym, nie mając żadnego doświadczenia politycznego. Więc – jak już mówiłem – mój start w wyborach był bardziej kwestią wprowadzenia do debaty publicznej pewnych nowych tematów, niż samej wygranej.

No proszę, a ja chciałam coś powiedzieć o ciągnięciu bądź nieciągnięciu wilka do lasu, jeśli chodzi o wybory, a teraz to już nie powiem – szkoda, lubię dzikie zwierzęta. Za to zapytam o to, na kogo by pan kandydował w KOD-zie: na przewodniczącego, członka zarządu, sądu, komisji rewizyjnej?

Nie wiem, czy w ogóle bym kandydował. Po pierwsze uważam, że KOD ma dobre władze, a po drugie, żeby w KOD-zie coś zrobić, to niekoniecznie trzeba od razu być jakimś szefem, zasiadać ze władzach. KOD to jest praca zespołowa, trzeba się dzielić zadaniami. Zresztą, każda praca – czy to w polityce czy w działaniu społecznym – jest zawsze właśnie pracą zespołową i polega na dzieleniu się rolami, żeby każdy wiedział, co robi.

Czy dobrze się panu z naszym obecnym przewodniczącym – Sławkiem Majdańskim – współpracuje?

Bardzo dobrze. Szanuję go, cenię i uważam, że robi dobrą robotę.

A z tymi naszymi poprzednimi przewodniczącymi – to znaczy z jednym przewodniczącym – Zbyszkiem Zawadą – i jednym p.o. przewodniczącego – Radomirem Szumełdą?

Z Panem Szumełdą nie miałem żadnego kontaktu. Natomiast pan Zawada był dobrze zorganizowany i też bardzo dobrze mi się z nim współpracowało.

Znam ten czas tylko z opowieści kolegów – jestem w KOD-zie od grudnia – i wiem, że chciał on wprowadzić tu taki dryl wojskowy.

Jednak mimo to bardzo go ceniłem i szanowałem, teraz też.  Ale szanuję również pracę pani Beaty Polak, o której pani nie wspomniała. Zapewne z niewiedzy, bo pani Beata działała w zupełnych początkach KOD-u.

Tak, racja – pierwszy raz słyszę to nazwisko. A jak postrzega pan rolę Sławka w obliczu konieczności odbudowania zaufania do KOD-u nadszarpniętego przecież przez Mateusza Kijowskiego i jego afery fakturowe i alimentacyjne?

Jego rola i zadanie są bardzo trudne, trzeba go więc wspierać i z nim współdziałać. Najłatwiej jest krytykować, a najtrudniej zrobić coś konkretnego. Uważam, że to, iż zdecydował się na to stanowisko, jest bardzo ważne i gratuluję mu odwagi. Apeluję, żeby działał mimo wszystko i się nie zniechęcał, bo najłatwiej jest się poddać, a najtrudniej działać w czasie kryzysu. To łatwe, gdy się jest na fali, a przecież trzeba działać też wtedy, kiedy sytuacja się pogarsza.

Czy Krzysztof Łoziński jako przewodniczący KOD-u ogólnopolskiego to dobry wybór?

Uważam, że tak. Zresztą, po tych niejasnościach w sprawie faktur szkoda, że Mateusz sam się nie wycofał dużo wcześniej. Jednak w początkach KOD-u wykonał tytaniczną robotę i jestem dla niego pełen podziwu. W zakresie mobilizowania społeczeństwa odegrał gigantyczną rolę, która wymagała przecież określonych umiejętności i talentów. Natomiast, niestety, w pewnych sytuacjach – dla dobra wspólnego i organizacji – trzeba umieć też zrezygnować. Tej umiejętności chyba Mateuszowi zabrakło.

Czy chciałby pan jako prezydent miasta móc bardziej angażować się w ruchy społeczne i obywatelskie? Być bliżej ludzi?

Zawsze staram się być bliżej ludzi. Na przykład chodzę na manifestacje i demonstracje KOD-u…

Ale ja nie mówiłam wyłącznie o byciu bliżej KOD-u.

A ja nie mówiłem wyłącznie o KOD-zie. Staram się także współdziałać ze stowarzyszeniem Prawo do Miasta. Zresztą, wszystkie ruchy obywatelskie są dla mnie czymś niesamowicie istotnym. Bardzo je popieram i wspieram. Stanowią dla mnie swoiste źródło inspiracji – rozmowy z członkami tych stowarzyszeń są bardzo ciekawe i ważne, dużo wnoszą w moje działania.

Prezydent Duda nie zmienił ani na jotę swoich sympatii politycznych, a prezydent państwa to stanowisko bezpartyjne. Niestety podobnie było nawet z Komorowskim, choć on odnosił się z szacunkiem do swoich przeciwników politycznych, czego nie można na pewno powiedzieć o Dudzie. Prezydentem wszystkich Polaków był chyba tylko Kwaśniewski. Czy pozbycie się swoich przekonań politycznych w takiej sytuacji jest w ogóle możliwe?

Przekonań politycznych z pewnością tak, natomiast wyznawanego systemu wartości – już nie. Dla mnie demokracja i wolność są naprawdę ważne. I jeszcze tolerancja. Nie podzielam poglądów chociażby tych z ONR-u albo innych równie radykalnych prawicowych czy też radykalnych lewicowych, anarchistycznych organizacji. Jednak ze wszystkimi rozmawiam. Powtarzam więc, że na pewno można się wyzwolić z takiego politycznego związku, ze swoich przekonań politycznych, ale nigdy – podkreślam nigdy – nie da się uwolnić od wartości. Jeśli człowiek wyznaje jakiś system wartości, to będzie mu wierny niezależnie od tego, jaką pełni funkcję.

Zapytam teraz pana jako przedsiębiorcę…

Ale ja już nie jestem przedsiębiorcą.

Wiem, wiem oczywiście, ale my tutaj bawimy się przecież w sytuacje… Miałam na studiach ekonomię i wiem, że to, co dzieje się z gospodarką w skali makro (wszystkie te wskaźniki typu: bezrobocie, PKB, zadłużenie państwa, wzrost i spadek płac, a także w mniejszym stopniu inwestycje) zmienia się w długim okresie, czyli obecne sukcesy polskiej gospodarki są w dużej mierze zasługą działań poprzedników. Tymczasem PiS i premier Morawiecki wszystkie zasługi przypisują sobie i swoim staraniom. Jaka jest pana ocena?

Zgadzam się z tym. W ogóle wszystkie działania w sferze politycznej i zarządczej przynoszą skutki w dłuższym okresie. Jako przedsiębiorca uczestniczyłem w procesach naprawczych różnych firm. Nigdy nie jest tak, że efekty działań ze stycznia będą już w lutym. Takie procesy trwają. Łatwo można popsuć albo zburzyć, natomiast trudniej zbudować.

Czy jeśli uda się pokonać PiS w następnych wyborach, to będzie trzeba ratować polską gospodarkę?

Niekoniecznie – gospodarka obroni się sama. Chociaż prawdą jest, że będzie trzeba spłacić dług, który teraz zaciągamy. Uważam jednak, że cztery lata to nie aż tak długi okres, poradzimy sobie. Chociaż na pewno wyzwaniem będzie utrzymanie programu 500+ lub raczej jego modyfikacji. 17 miliardów złotych w zeszłym roku i 24 miliardy złotych w tym, to bardzo duże wyzwanie dla gospodarki… W zakresie zarządzania Poznaniem dużo rzeczy można jeszcze poprawić i staram się to robić.

Sytuacja II – quasi-rzeczywista, aczkolwiek destrukcyjna

PiS, czyli de facto pan z kotem w tle, chce wprowadzić obowiązek dla samorządowców startowania z list partyjnych. Tymczasem obecne samorządowe listy wyborcze są korzystnym rozwiązaniem, bo samorząd jest tym, co od początku lat 90. Polsce, krajowi przechodzącemu przez transformację i świecącemu przykładem innym państwom, udało się najlepiej. PiS jednak jest w kontrze i twierdzi, że cała „Polska [także samorządowa] jest w ruinie”.

Czy wobec tego partyjność w wyborach do samorządu jest dobrym pomysłem?

Uważam, że to zły pomysł, bo – szczególnie w mniejszych miejscowościach, gdzie ludzie się znają – szyld partyjny do niczego nie jest potrzebny. W dużych miastach taki wpływ jest większy. Pomimo tego, nie należy w ten sposób ograniczać biernego prawa wyborczego, bo tu celem na pewno nie jest poprawa, tylko zwiększenie szans PiS-u na wygranie wyborów samorządowych. Na dziś aż 70% burmistrzów i prezydentów wybrano z niezależnych komitetów wyborczych. To działanie PiS-u pokazuje, jego celem jest po prostu aneksja samorządów i uzyskanie w nich większych wpływów.

Czy startowałby pan teraz w obecnym klimacie politycznym po raz pierwszy w wyborach na prezydenta Poznania?  

Nie wiem. To trudne pytanie. Mówiłem już, że nie była to prosta decyzja. Kiedy ją otrzymałem, to rozważaliśmy ją z żoną przez tydzień. Taka rzecz tak naprawdę wpływa w sumie na całą rodzinę. Na przykład musiałem firmę przekazać synowi, co dla niego było wielkim wyzwaniem. Takie wybory to również dolegliwości dla moich najbliższych. Kiedy ja jestem atakowany, to umiem sobie jakoś z tym poradzić, ale dotyka także moją mamę i innych moich bliskich. Tak więc taki start w wyborach i jego konsekwencje dotykają nie tylko mnie, ale również moją żonę, dzieci i rodziców, czy innych moich najbliższych.

Co pan myśli o 500+? Czy należałoby je uzależnić od dochodów rodzica bądź rodziców? Czy 500+ należy się również na pierwsze dziecko?

Popieram zawsze takie zapomogi – bo to jest kwestia pomocy socjalnej – która kierowana jest do osób najbardziej potrzebujących. Nie widzę jednak absolutnie żadnego uzasadnienia, by osoby najwięcej zarabiające otrzymywały dodatkowo jeszcze jakieś pieniądze z naszych podatków. Rząd nie ma przecież własnych pieniędzy, tylko rozdziela środki, które generujemy my sami. Dlatego uważam, że nie jest to najlepszy pomysł, choć należy tą zapomogę utrzymać dla najuboższych. Jestem bowiem zdania, że generalnie w ciągu tych 27 lat zapomniano o tych, którzy gorzej sobie radzą, przy jednoczesnym rozwoju  kultu ludzi zdrowych, silnych i dobrze sobie w życiu radzących…

Ale nie zgadza się pan z tym PiS-owskim twierdzeniem, że „Polska jest w ruinie”?

Nie, nie zgadzam się. Te lata na pewno nie doprowadziły do ruiny. Natomiast wiele osób – to fakt –  radzi sobie gorzej pod różnymi względami. Choćby ofiary czyścicieli kamienic. Ale przecież każdy popełnia błędy, a wszystko w tym okresie było nakierowane na pobudzanie gospodarki jak najmniejszą konsumpcję pieniędzy. Jestem za pomocą uboższym, ale powtórzę, że program 500+ nie powinien obejmować tych najlepiej zarabiających.

Co pan myśli – ale tak w dwóch, może trzech słowach – o całej polityce i rządach PiS-u?

Tutaj w oczy rzuca się przede wszystkim nieudolność zarządcza. Widać  to choćby w PKP i w sprawie poznańskiego dworca. Jednak rząd PiS-u to przede wszystkim zamach na demokrację. To próba zmiany ustroju i rozmontowywanie poszczególnych jego ogniw, które są w nim bardzo ważne, jak Trybunał Konstytucyjny czy wolne media. Jest bardzo szkodliwe dla Polski.

Chciałabym teraz zapytać pana o to, jak pan się czuje, będąc jednym z tych kilku niepokornych prezydentów (Gdańsk – Abramowicz, Wrocław – Dudkiewicz, Warszawa – Gronkiewicz-Waltz, Łódź – Zdanowska, a od niedawna również Karnowski z Sopotu), którzy są regularnie grillowani przez PiS?

Nie mam żadnych wątpliwości, że takie działania operacyjne wobec mnie są prowadzone, nie mam złudzeń. Jednak ci prezydenci mają już za sobą ileś lat rządów, przez tak długi czas dużo łatwiej jest coś namierzyć. W moim przypadku to o wiele krócej, dlatego jeszcze nie postawiano mi żadnych konkretnych zarzutów.

Ale w końcu zaczną.

Zaczną, to na pewno. Taka jest cena, którą trzeba płacić za funkcję i za opowiadanie się po stronie pewnych wartości. Kiedyś ta cena była znacznie wyższa. Trzeba ją wkalkulować w tę pracę.

Wróćmy do Poznania. Jakie znaczenie, pana zdaniem, ma miejski budżet obywatelski i co w ogóle myśli pan o włączaniu obywateli do rządzenia w swoich gminach?

Ma duże znaczenie! Chodzi o to, żeby coraz więcej osób interesowało się w ogóle budżetem miasta i tym, co się dzieje w ich mieście czy na ich osiedlu. Te głosy są tak istotne, bo mówią nam jasno, co miastu, mieszkańcom jest potrzebne. To wyzwala dyskusję i debatę. Dzięki temu dowiadujemy się, czego mieszkańcy tak naprawdę życzą sobie w mieście.

Sytuacja III – faktyczna, aczkolwiek filozoficzna

Schopenhauer powiedział, że: „najmniej wartościowym rodzajem dumy jest duma narodowa” i stwierdził jeszcze, że oznacza ona brak cech indywidualnych, które pozwalałyby na wyróżnianie się.

Jak wobec tego widzi pan zogniskowanie się na dumie narodowej przez polityków PiS-u i samego prezesa Kaczyńskiego?

Moim zdaniem, to bardziej jest jakiś taki zabieg polityczny, polityczna kalkulacja Kaczyńskiego, a nie rzeczywiście jego wielki patriotyzm czy zakotwiczenie w dumie narodowej. Nie do końca zgadzam się z Schopenhauerem, że duma narodowa prowadzi do kompleksów. Na przykład ja czuję się dumny z tego, że jestem Polakiem, poznaniakiem, Wielkopolaninem. Nie sądzę, że to od razu prowadzi do nacjonalizmu, bo patriotyzm i nacjonalizm to dwie zupełnie różne rzeczy.

Wie pan o przypadkach pobicia ludzi z ciemną karnacją, czyli muzułmanów u nas w Poznaniu. Jak zamierza pan z tym walczyć? Jak powstrzymać ten PiS-owski hejt?

Widzi Pani, PiS i narodowcy dla celów politycznych podsycają w ludziach ten strach przed obcymi. Ja bym walczył z tym poprzez edukację, wychodząc do szkół, ucząc tolerancji na lekcjach. Muzułmanie odgrywają u nas ważną rolę i robią naprawdę ciekawe rzeczy – są lekarzami, przedsiębiorcami – i to trzeba zacząć wreszcie ludziom pokazywać.

Co myśli pan o utworzeniu wspólnych list wyborczych partii opozycyjnych, aby wygrać z PiS-em. Wydaje się, że w tej chwili to konieczność, aby pokonać pana z kotem w tle. On potrafi wspaniale kierować ludzkimi emocjami, wie gdzie i jakiej użyć marchewki. Czy te wspólne listy to marzenie ściętej głowy?… Ale wiele chyba jest tych ściętych głów.

Nie, ja uważam, że nie. Staram się łączyć różne strony i pokazywać swoją pracą, że to w ogóle możliwe. Uczestniczę przecież w demonstracjach KOD-u, współdziałam z miejskimi ruchami obywatelskimi, między innymi z Prawem do Miasta, mam dobre relacje z Lewicą, czyli z Robertem Biedroniem, z Barbarą Nowacką i z Kongresem Kobiet. Uważam też, że to właśnie jest kwestia przezwyciężenia własnego ego, bo ważne jest dobro wspólne. Aby bronić naszych wartości i demokracji musimy się w tej chwili zjednoczyć – to jest miara wybicia się ponad własne ego partyjne, ponad któreś miejsce na liście. Najbliższe wybory pokażą czy potrafimy to zrobić i czy zasłużyliśmy na tę wolność.

A jeśli nie wygramy i PiS znowu będzie rządził? Że tak trochę tchnę grozą.

Sądzę, że za te osiem lat będziemy mieli już zupełnie inny kraj. I – jeżeli taka będzie wola wyborców, jeżeli doprowadzą do tego te kłótnie opozycji – to trudno. Mogę powiedzieć tylko tyle, że staram się robić, co tylko mogę i co potrafię, żeby łączyć ludzi – niech inni robią więcej. Zawsze staram się jednoczyć, łączyć ludzi i apelować o to, żebyśmy współdziałali w obronie wartości demokratycznych.

Sytuacja IV – realna i unijna

Zakładam, że lubi pan Unię Europejską. Pamiętamy ten słynny polski wynik 27/1 z Brukseli i to, co wyczyniają ministrowie: Macierewicz, który chce ukarać Tuska za cokolwiek i postawić go w stan oskarżenia o niedopełnienie obowiązków w Smoleńsku, bo jest jakaś szansa – choćby minimalna – na skazanie; Waszczykowski, który twierdzi, że całe wybory na Szefa Rady Europejskiej były sfałszowane. Przypomnę też to, że nasza prokuratura pod wodzą Ziobry wciąż wzywa Tuska z Brukseli do Polski na przesłuchania w naprawdę różnych sprawach.

Czy nie boi się pan, że Europa znudzona polskimi gierkami wyrzuci nas w końcu ze swoich szeregów?

No tak, boję się. Oni będą tolerować nasze wybryki i nasze różne działania niegodne wartości europejskich tylko do pewnego momentu. Politycy europejscy w ostatecznym rozrachunku nie zgodzą się na to, co w tej chwili robi Kaczyński, że wyciąga jedną rękę po pieniądze, ale jak trzeba coś zrobić, to już tej solidarności w nim nie ma. Obawiam się, że wszystko to skończy się tym, że my znajdziemy się poza Europą – nie wiem: czy na własną prośbę czy nas z niej wywalą. Jeżeli nie będziemy współdziałać z resztą Europy, to czeka nas porażka.

Czy Europa jako podmiot polityczny może przetrwać, nie będąc jednością?

Nie, Europa może przetrwać tylko będąc jednością – poszczególne państwa, a raczej ich gospodarki, przy takich potęgach jak Chiny, Pakistan czy Stany Zjednoczone – nie mają żadnych szans. Jednocześnie  przywrócenie granic spowoduje osłabienie każdej z europejskich gospodarek. Wszyscy, którzy się tym zajmują dobrze wiedzą, że dzisiaj siłą krajów europejskich jest jedność, brak granic, wolny bezcłowy przepływ towarów w całej Europie. Nie możemy tego zaprzepaścić.

Ponieważ 80% społeczeństwa jest za Europą, to czy pokonanie PiS-u mogłoby się zacząć od uwydatnienia antyeuropejskości PiS-u?

Ale wszyscy widzą, że on jest antyeuropejski, a jego działania sprzeczne z wartościami europejskimi. Dla mnie oczywistością jest to, że partie opozycyjne powinny to akcentować. To w ogóle jest spór o wartości, o to, czy chcemy być w tej części Europy czy chcemy się upodobnić do takich państw, jak Białoruś czy Rosja. I to właśnie jest zasadnicze pytanie.

Sytuacja V – rzetelna, aczkolwiek handlowa

Dzięki poprzednikowi prezydenta Jaśkowiaka, Ryszardowi Grobelnemu, powstało najnowsze i największe centrum handlowe Poznania, które nazywa się nomen omen Posnania. Jakiś czas temu odbyła się jego inauguracja. Grobelny jako prezydent Poznania zapewne obiecał swoją na niej obecność handlowcom i twórcom Posnani. Jednak Jacek Jaśkowiak nie poszedł na otwarcie i bez wątpienia bardzo ich zasmucił.

Jacek Kaczmarski, którego kiedyś był pan managerem, jedną piosenkę zadedykował panu. Ma ona tytuł: „Przypowieść na własne 44 urodziny”…

O nie, ta piosenka nie jest mi zadedykowana.

A mnie udało się dotrzeć do internetowego artykułu mówiącego właśnie tak. Widać wyraźnie, że Internet kłamie…

Zdarza mu się. Natomiast jeśli o piosenkę chodzi, to jestem w niej opisany. Powiem jeszcze, że Jacek zadedykował mi i całej mojej rodzinie książkę „O aniołach innym razem”.

No proszę, o tym nie wiedziałam. Dobrze, że chociaż ta piosenka jest o panu – dobra nasza! – jest pan w niej bystrym finansistą. Zatem, panie Bystry Finansisto, dlaczego nie wziął pan udziału w inauguracji Posnani?

Ale prezydent miasta nie ma takiego obowiązku, żeby uczestniczył w otwarciu każdej inwestycji…

Wiem, panie prezydencie, ale mówię o tym, bo Ryszard Grobelny był wielkim fanem centrów handlowych i pewnie naobiecywał mnóstwo rzeczy twórcom Posnanii, również obecność na inauguracji, a pan tak sobie zwyczajnie nie poszedł.

Cóż, prześledziłem cały proces utworzenia tego centrum pod względem powstawania wszystkich inwestycji w Poznaniu. Na początku miała tam być po prostu nowa dzielnica, to dużo lepsze niż galeria handlowa. Jednak potem – niestety – w trakcie działań budowlanych zostało to tak przekierowane i poprowadzone przez inwestora, że w efekcie mamy największe centrum handlowe w tej części Europy. Nie uważam, żeby to było coś dobrego dla miasta. Jednak teraz Posnania już jest i trzeba dobrze z nią żyć, musimy jakieś relacje budować. Zakładam przy tym, że to centrum również wpłynie na likwidację czy upadłość innych centrów handlowych, przez swoją skalę i nowoczesność rozwiązań. Zresztą już teraz w niektórych centrach handlowych widać mniejszy ruch.

W tej samej piosence Jacak Kaczmarski przedstawia siebie jako marcowego kocura. Lubi pan koty? Nie pytam pana jako byłego managera, tylko zwykłego człowieka. Miłośnika zwierząt?

Lubię zwierzęta, oczywiście. Mam psa. Natomiast jeśli chodzi o tego marcowego kocura, to ja też urodziłem się w marcu i Jacek, mówiąc o tym marcowym kocie, odwoływał się również do tego.

To ja wrócę teraz do tego pańskiego psa i poczepiam się szczegółów, bo lubię to robić. Przy okazji wyjdzie na to, że podsłuchiwałam, o czym rozmawiał pan przed chwilą w namiocie z dziećmi, co mi się zdarza czasami, ale za to nie przepraszam. Otóż mówił pan dzieciom, że to syn ma psa, nie pan. Czyli jaka jest prawda?

Syn, syn… ale to przecież tak, jakbym miał go ja.

Natalia Mikołajska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *